Czy trening funkcjonalny jest najlepszym wyborem?

Trening funkcjonalny to dwa bardzo popularne w ostatnim czasie słowa – stąd jeśli mam Cię przekonać, że odpowiedź na tytułowe pytanie brzmi „tak”, najpierw muszę sprecyzować, co to w ogóle jest, lub czym nie jest. A zatem:

 

O co w tym chodzi?

 

Przede wszystkim o to, żebyś lepiej się czuł i funkcjonował na co dzień. Czyli żeby Twój trening nie tyle rozwijał duże bicki, które fajnie wyglądają na plaży, a podnosił Twoją sprawność fizyczną w każdym rozumieniu słowa „sprawność”. Żeby tak było, musisz spełnić kilka warunków:

 

Po pierwsze, mieć zdrowy kręgosłup i mocne stawy. Bo jak piękna niewiasta poprosi, żebyś położył jej walizkę na półce w pociągu i coś Ci strzeli w plecach, to cały efekt dżentelmena pójdzie na marne.

 

Po drugie, duża siła i dobra kondycja. Siła, bo jak się okaże, że niewiasta spakowała do walizki rzeczy na miesiąc wakacji albo na przykład 70 kilo kokainy, fajnie żebyś wciąż był w stanie jej pomóc. Kondycja, żebyście mieli jak uciec przed policją ku zachodzącemu słońcu. Albo żebyś nie dostał zawału w wieku 40 lat, co też może być mało przyjemne.

 

Zatem czemu to najlepszy wybór?

 

Po pierwsze, wyżej wspomniana sprawność. Co prawda trening funkcjonalny działa tak, że nie będziesz robił 42 kilometrów szybciej niż maratończycy, podnosił więcej ciężaru niż trójboiści czy tańczył na rękach lepiej niż gimnastycy. Ale rozwinie Cię on na tyle kompleksowo, że w każdej z tych dziedzin będziesz dobry. A o ile nie planujesz kariery sportowej i jesteś przeciętnym Kowalskim, uniwersalność to naprawdę dobra rzecz.

 

Po drugie, bo to sport, przy którym wytrwasz. Tak jak pisałem w leadzie – ten artykuł nie jest dla ludzi, którzy od dziecka regularnie grają w kosza i wiedzą, że to ich pasja (choć dla nich też by się sprawdził). To artykuł dla ludzi, którzy chcieliby ruszyć się z domu widząc, że młodość przemija a brzuch rośnie coraz szybciej, a nie mają pojęcia co ze sobą zrobić. Dla tych, którym nie podoba się monotonia długich biegów, powtarzalność typowego pakowania na siłce czy nuda ćwiczeń w domu, i tracą wiarę w to, że można w jednym zdaniu użyć słów „sport” i „przyjemność”.

 

 

No dobra, mój kumpel tak trenuje, i wcale nie wygląda jak sportowiec.

 

Zgadza się – teoretycznie nie zbudujesz sylwetki godnej Mr Olympia przy treningu funkcjonalnym. Jak sama nazwa wskazuje, ważniejsze jest to, że Twój kumpel może jednego dnia podnieść 180 kilo ciężaru z ziemi bez uszkodzenia kręgosłupa, a potem przebiec 10km poniżej 50 minut, niż to, że ma wielkie bice.

 

A jak ktoś chce mieć wielkie bice?

 

Zdaje sobie sprawę, że o ile każdy powie, że zdrowie jest ważniejsze od wyglądu, to w praktyce będzie mu zależało na tym, by nad jeziorem wyglądać niczym Adonis, a nie Dionizos.

Jeśli wygląd jest dla Ciebie kluczowy, to wciąż wybierz trening funkcjonalny – tak, wyżej pisałem, że nie zbudujesz wielkich bicków, ale jeśli ze sportem nie miałeś dużo wspólnego, to spokojnie – Twój wygląd i tak się poprawi.

 

Czekaj, to nie jest to samo co Crossfit?

 

Crossfit to marka stworzona przez Reeboka i w zasadzie opiera się na treningu funkcjonalnym. Dochodzi do tego kult wytworzony wokół tej marki (którego sam jestem częścią, przyznaje bez bicia) i mocna rywalizacja. Ta rywalizacja jest powodem zarówno tego, że ludzie zakochują się w tym sporcie, jak i tego, że ciągle łapią kontuzje. Niestety większość zajęć Crossfitowych prawadzonych jest tak, żeby zajechać człowieka do porzygu (w przenośni i dosłownie) zamiast skupiać się na rozwoju możliwości własnego ciała.

 

Właśnie. Crossfit równa się kontuzje!

 

Każdy sport, w którym robisz coś ponad swoje możliwości zapewni Ci kontuzje. W Crossie przyczyny kontuzji są dwie: albo jesteś mało rozważny i od połowy treningu jedziesz powtórzenia kosztem techniki, albo Twój klub jest kiepski, i daje w treningach dla początkujących coś w stylu 30 rwań olimpijskich na czas. Pamiętaj o kontrolowaniu ego, albo poszukaj klubu z rozsądnymi trenerami.

 

Mój chłopak to niech ćwiczy, ale ja stracę kobiecość jak tylko dotknę sztangi!

 

Zanikający mit, ale pasuje go poruszyć. O ile nie zaczniesz korzystać ze sterydów albo nie planujesz wygrać mistrzostw świata, nie masz się o co martwić. Będziesz czuć się świetnie i świetnie wyglądać. Na pewno o niebo lepiej niż Twoje koleżanki, które 5 razy w tygodniu idą truchtać przez godzinę.

 

 

No ok, jak się za to zabrać?

 

Jedną z opcji są zajęcia grupowe – jak wspomniałem wcześniej, najlepsze będą takie, gdzie nie chodzi o naśladowanie crossfiterów światowej klasy i zajechanie się na śmierć, a bardziej o rozwój ciała w sposób mocny, intensywny, ale też zdroworozsądkowy. Możesz też poprosić o pomoc kogoś bardziej doświadczonego lub iść do trenera personalnego, który się w tym specjalizuje i przypilnuje Ci techniki. Samemu ćwiczyć nie polecam, jeśli nie masz pewności, czy ćwiczysz poprawnie.

 

Jak w ogóle wygląda taki trening?

 

Jeśli trenujesz rekreacyjnie, przykładowym treningiem może być zrobienie w jak najkrótszym czasie pięciu takich zestawów:

10x martwy ciąg

15 wskoków na skrzynie

500 metrów wiosłowania na ergometrze

 

 

Z czasem zwiększasz siłę (tak panowie, w wyciskaniu na klatę też) i uczysz się różnych fajnych rzeczy, a na mistrzostwach świata poziom wygląda tak:

 

 

 

Tyle na dziś. I tak wyszedł najdłuższy wpis w historii. Jeśli przeczytałeś cały, bardzo mi miło. Jeśli przescrollowałeś na dół, odpowiedź na pytanie tytułowe brzmi „tak”.

 

The following two tabs change content below.

Michał, The Consumer Show

Miłośnik psychologii, fanatyk sportów ekstremalnych. Lubi uczyć się, jak lepiej funkcjonować na co dzień, zarówno w sferze psychicznej jak i fizycznej. A jeszcze bardziej lubi o tym pisać.

Ostatnie wpisy Michał, The Consumer Show (zobacz wszystkie)