Nie pozwól by tragedie definiowały to, kim jesteś

Może zdarzyło Ci się kiedyś zauważyć, w jaki sposób niektórzy tłumaczą przykre wydarzenia, które ich spotkały. Dziewczyna ich rzuciła, bo widocznie nie byli sobie przeznaczeni. Stracili pracę – czyli na pewno zostali stworzeni do czegoś innego. Zostali wydaleni ze studiów po roku, bo tak było im pisane.

 

To nie zawsze jest złe. Czasami ludzie zwyczajnie radzą sobie z trudnymi sytuacjami w ten sposób, bo łatwiej wyobrażać sobie, że tak już miało być, niż zdać sobie sprawę z prostego faktu – to, że stało Ci się coś złego, może być wynikiem setki przypadków i naprawdę nie musi mieć głębszego sensu.

 

I jeszcze jest OK, gdy tłumaczysz tak przykre wydarzenia, typu śmierć przyjaciela czy kogoś z rodziny, a potem ogarniasz się i ruszasz przez życie. Wtedy to zwyczajny mechanizm mózgu, który ma Ci pozwolić szybciej zacząć funkcjonować.

 

Ale jeśli ten mechanizm zawodzi, to zaczynają się problemy.

 

Widzicie, większość z nas ma potrzebę opieki. W dzieciństwie tą potrzebę spełniają rodzice. Będąc dorosłym sprawa jest bardziej skomplikowana, bo rodzice przestają być absolutnym autorytetem, i niektórzy podświadomie szukają kogoś, kto ich w tej roli zastąpi – na przykład Boga, rządu, szefa czy jakiegokolwiek innego autorytetu. To może być nawet partner. Dlatego są związki, gdzie zamiast relacji partnerskiej mamy taką, w której żona cały czas rozkazuje mężowi i jest strasznie restrykcyjna, a mąż buntuje się zupełnie niczym buzujący hormonami czternastolatek. Z drugiej strony mamy kobiety notorycznie nieszczęśliwe , całkowicie zdominowane, uzależnione od faceta pod względem finansowym, zajmujące się jego domem, i dbające o jego potrzeby, całkowicie ignorując swoje.

 

Taki buntujący mąż często oddaje się pracy w za dużej ilości, a uległa żona nadgorliwie poświęca się obowiązkom domowym – żeby tylko dzień po dniu nie mieć możliwości zastanowienia się nad swoją sytuacją. Czemu? Bo gdzieś tam w głębi wiedzą, że wtedy uświadomiliby sobie, że są nieszczęśliwi.

 

I tutaj wracamy do problemu, o którym pisałem wyżej. Ludzie, którzy zbyt intensywnie polegają na swojej „figurze rodzica”, robią to, by zrzucić z siebie odpowiedzialność. By za swoje błędy i niepowodzenia obarczać coś większego od siebie, bo przez to czują się lepiej. U ludzi tego typu mechanizm do nadawania sensu tragediom zawodzi.

 

Bo jeśli zakończyłeś związek, i mówisz, że „widocznie tak miało być”, zwalając odpowiedzialność na los, to chociaż sam nie lubię takiego toku myślenia, jest on OK – o ile pozwala Ci się szybciej pozbierać do kupy. Ale gdy zaczynasz sobie wmawiać, że widocznie jesteś skazany na samotność, to jest już źle. Bo przestajesz o siebie dbać, czy nawiązywać jakiekolwiek relacje, a potem budzisz się w wieku 60 lat, ze słynnym „A nie mówiłem” na ustach.

 

Tak samo nie ma nic złego w tłumaczeniu sobie po śmierci bliskiej osoby, że tak było jej pisane. Jeśli dzięki temu czujesz się lepiej, to super. Gorzej, gdy dochodzisz do wniosku, że przez to Tobie jest pisana podróż przez życie z bagażem o nazwie „Przydarzyło mi się coś strasznego, więc nigdy nie będę naprawdę szczęśliwy”.

 

To ma tyle samo sensu, co wmawianie sobie, że jeśli tylko będziesz bardzo chciał, to osiągniesz sukces, a potem odpalanie kolejnego odcinka serialu, zamiast zacząć pracować. Czyli w ogóle.

 

Jedyne, co ma sens, to niepozwalanie na to, by wydarzenia takie jak rozstanie z partnerem, śmierć kogoś bliskiego, strata pracy czy ciężka choroba sprawiły, że będziesz szedł przez życie z traumą.

 

Wiele razy powtarzałem w artykułach, że jesteśmy tylko zwierzętami, które miały na tyle szczęścia, by zyskać samoświadomość. I nawet jeśli jesteś ateistą, to ta świadomość czasem nakłania Cię do wierzenia, że wszystko jest częścią większego planu. Nie jest.

 

Bo prawda jest taka, że wszystko dzieje się bez przyczyny. Są tylko ludzie, decyzje i ich konsekwencje.

 

I wiele, wiele przypadków.

 

 

The following two tabs change content below.

Michał, The Consumer Show

Miłośnik psychologii, fanatyk sportów ekstremalnych. Lubi uczyć się, jak lepiej funkcjonować na co dzień, zarówno w sferze psychicznej jak i fizycznej. A jeszcze bardziej lubi o tym pisać.

Ostatnie wpisy Michał, The Consumer Show (zobacz wszystkie)