O słabych stronach, których nie warto poprawiać

Tomek i Janek to kumple od dziecka. Łączy ich przyjaźń, a dzieli w zasadzie wszystko inne. Tomek od zawsze był tym wygadanym, fajnym dzieckiem, znającym połowę szkoły. Znajomych Janka można było policzyć na palcach jednej ręki, bo jego umiejętności interpersonalne nie były na najwyższym poziomie, ale za to zawsze kończył rok z wyróżnieniem, wygrywał olimpiady, a wieczorami uczył się programowania.

Mijają lata. Tomek pracuje na słuchawce, i zarabia nie najgorzej, bo wie, co trzeba powiedzieć, żeby klient kupił. Janek studiuję informatykę i tworzy swoją aplikację, która ma pomagać firmom handlowym w redukcji kosztów związanych z zamawianiem u producentów.

Pytanie dnia brzmi: Czy Janek powinien próbować sprzedawać swoją aplikację samemu, czy dogadać się z Tomkiem, i czemu to drugie?

Dlatego, że czasami dobrze sobie zdać sobie sprawę, że jest różnica między czymś, co może Cię kosztować dużo czasu/energii, a czymś, co jest efektywne – szczególnie, że te dwie rzeczy nie zawsze idą w parze. Naprawdę podziwiam, jeśli paraliżuje Cię myśl o wykonaniu telefonu sprzedażowego, ale się przełamujesz, wykonujesz ich 50 i w końcu łapiesz nowego klienta. To jest duży krok i szczerze gratuluję.

Ale niestety życie nie jest sprawiedliwe i dlatego w tym samym czasie osoba, której sprzedaż przez telefon nie sprawia kłopotu, ogarnęła 10 klientów i zarobiła dobre pieniądze.

To oczywiście nie znaczy, że masz się poddawać i dawać sobie spokój, jeśli coś Ci nie idzie.

Znaczy to, że musisz poznać swoje słabe strony, a potem podzielić je na dwie kategorie – te, które trzeba poprawić, i te, których poprawić się nie da albo zwyczajnie poprawiać się nie opłaca.

Ja nie nadaje się do sprzedaży bezpośredniej. Przeczytałem kilka książek, znam trochę technik, ale nie jestem w stanie zrobić lepszego wyniku niż ktoś, komu wychodzi to naturalnie.

Jestem za to dobry w obsłudze klienta bieżącego i w wszelakich czynnościach wymagających myślenia analitycznego. Dlatego gdybym prowadził firmę zajmującą się nieruchomościami, sam zajmowałbym się analizą rynku, albo wyliczaniem, jakie inwestycje się opłacają, ale na pewno zatrudniłbym kogoś, kto pozyskiwałby nowych klientów. Fakt, musiałbym mu płacić – ale dzięki temu, że ta osoba robiłaby to dużo lepiej, a ja zyskałbym czas na zajmowanie się rzeczami, w których jestem dobry, i tak koniec końców wyszedłbym na plus.

Dlatego jeśli ktoś zarabia 10 000 miesięcznie i wykupuje sobie katering dietetyczny za 2000, zamiast gotować samemu, to to ma bardzo dużo sensu – bo może gotując samemu wydałby dwukrotnie mniej, ale zyskuje dzięki temu cenne godziny, w których albo może popracować, albo po tej pracy zwyczajnie odpocząć.

To samo tyczy się nauki. Jeśli na studiach wystarczy Ci godzina nauki, żeby dostać 3.0, ale na ocenę bardzo dobrą potrzebujesz już czterech godzin, to musisz sobie odpowiedzieć na pytanie, czy taka ocena jest tego warta. Jeśli studia są dla Ciebie priorytetem – pewnie, że jest. Ale w momencie, gdy pracujesz, a myśląc o swojej przyszłości widzisz, że tytuł magistra z wyróżnieniem nic w niej nie zmienia, to trochę szkoda Twojego czasu.

I pamiętaj, że na końcu nie liczy się to, jakie miałeś efekty – bo to, jak bardzo się zmęczyłeś, naprawdę obchodzi niewiele osób.

The following two tabs change content below.

Michał, The Consumer Show

Miłośnik psychologii, fanatyk sportów ekstremalnych. Lubi uczyć się, jak lepiej funkcjonować na co dzień, zarówno w sferze psychicznej jak i fizycznej. A jeszcze bardziej lubi o tym pisać.