Nigdy nie będziesz tak wolny, jak skacząc z kilometrowej przepaści

Zasada przygód jest jedna: im gorzej, tym lepiej. 

 

Dlatego jeśli wyjazd na przygodę życia zaczyna się od tego, że 36 godzin wcześniej się zatruwasz, gorączkujesz i zwracasz wszystko, co zjadłeś, to wiesz, że na pewno będzie ciekawie.

 

Ale wróćmy do tego co istotne: Do Norwegii, w ramach X Ekspedycji DreamWalker, wylecieliśmy w niedzielę rano, a koło południa wynajęliśmy auto. Mieliśmy też w ramach tradycji podróżowej iść do Maca, ale po pierwsze, na lotnisku nie było Maca, a po drugie – zniechęcił nas kontakt z norweskimi cenami (Kupiliśmy dwie pół litrowe Cole za 45 koron. W promocji. 2 korony to jest prawie 1 zł).

 

 

Jeśli zastanawiacie się, czemu po lewej widać busa koncertowego Ich Troje, to dlatego, że jedna z uczestniczek to żona Michała Wiśniewskiego. 🙂


Auto było koniecznością, bo do wioski, do której jechaliśmy busy kursują 3 dni w tygodniu, i niedziela nie była tym dniem. Swoją drogą, „wioska” to duże słowo – składa się z baru, wielkiego kuchnionamiotu i pola, gdzie można rozbić swój namiot. Jak na powyższym obrazku.

Widoki z obozu. Widzicie podobieństwo z „Wikingami?”


Mieliśmy skakać ze szczytu Kjeragu, a dokładniej z 10 metrowej platformy, która została tam zamontowana. Pogoda nie rozpieszczała, więc zdobycie
szczytu zostawiliśmy na wtorek. Dlatego poniedziałek był dniem zwiedzania innego symbolu Norwegii – Preikestolen.

Preikestolen to taki norweski Giewont – raz, że pełno turystów, a dwa, że duża część wchodzi w japonkach. Na końcu fjordu znajdował się nasz obóz.

Preikestolen z boku.

Wyszliśmy bez problemu. Zeszliśmy jeszcze sprawniej. Kiepsko zrobiło się chwilę później, bo gdy znajdowaliśmy się trzy godziny od obozowiska, z którego startuje się na Kjerag, dostaliśmy informację: „Łapiemy pogodę. Wchodźcie teraz.”


Uwierzcie, że nie jest łatwo zrobić dwie trasy jednego dnia. Trochę trudniej jest to zrobić z 20kg plecakiem. Ale nie mieliśmy większego wyboru – wszyscy chcieli skakać jak najszybciej.


Problemem była mgła. Ruszyliśmy z campingu około 18, a na trasie widoczność kończyła się na osobie idącej przed Tobą. Do tego, obozowisko wcale nie znajdowało się na oznaczonej trasie. Trzeba było je znaleźć. Dlatego zamiast być tam o 21, dotarliśmy o 23,30. Ledwo. Po ponad dwóch godzinach krążenia, zmieniania tras, szukania zasięgu, kalibrowania GPSu.

Jak znaleźliśmy obóz? Usłyszeliśmy muzykę. Okazało się, że ekipa postanowiła potańczyć.

Żeby nie było, że przesadzam i koloryzuje. Tutaj łapcie filmik z obozu.

Przez taką pogodę skakałem dopiero po dwóch nocach na górze. Ujęliśmy też parę momentów, w których było ładnie.

 Romantyczność nad 980 metrową przepaścią. Jest fajnie.

No i na koniec. Podejrzewam, że wielu z Was kliknęło link bo chciało zobaczyć, czy tytuł ma brać dosłownie, czy nie do końca.

Otóż dosłownie.

Mój lot miał jakieś 360 metrów długości. Natomiast na ekspedycji pobity został rekord Guinessa w długości swobodnego lotu z liną (424 metry) oraz lotu całkowitego z liną (około 570 metrów). Pobił go Carlos, profesjonalny BASE jumper. Mi nie pozwolili. Może to i dobrze, bo patrząc na swoją technikę skoku, to gdyby pozwolili, już by mnie tu nie było.


Miałem też na sobie dwa GoPro, ale jeszcze nie dostałem materiałów. Jak dostanę, to wrzucę. A nawet jak nie wrzucę, to się nie martwcie, bo na pewno tam jeszcze wrócę. Tym razem ze spadochronem.


Bo o ile zdecydowanie była to przygoda życia, to możecie być pewni, że zrobię wszystko, żeby to nie była najlepsza rzecz, jaką przeżyłem.

The following two tabs change content below.

Michał, The Consumer Show

Miłośnik psychologii, fanatyk sportów ekstremalnych. Lubi uczyć się, jak lepiej funkcjonować na co dzień, zarówno w sferze psychicznej jak i fizycznej. A jeszcze bardziej lubi o tym pisać.

Ostatnie wpisy Michał, The Consumer Show (zobacz wszystkie)