Daj z siebie tak z 70%

Styczeń to raj dla setek trenerów personalnych na fejsie. Większość z nich wrzuca zdjęcia motywacyjne tłumaczące jak nareszcie zbudować tę sylwetkę, o której skrycie marzysz od tylu lat, jedząc kolejnego snickersa. I nie sposób nie zauważyć, że przesłanie tych ludzi sprowadza się do jednego – masz poświęcić wszystko. Wyrzuć alkohol, zapomnij o czekoladzie, wstawaj codziennie o 6 i biegnij na siłownie. Masz pragnąć sukcesu tak, jak powietrza, i, moje ulubione – daj z siebie 100% albo nic.

100% albo nic? Czy tylko ja widzę w tym absolutny bezsens?

Czy oni naprawdę nie rozumieją, że większość z nas, czytających te wzniosłe posty, naprawdę znajdzie jeszcze w życiu kilka aspektów, które postawią na równi ze sportem lub wyglądaniem przed lustrem niczym Ryan Gosling? Zwykły człowiek naprawdę nie ma zamiaru poświęcić wszelkich relacji ze swoimi znajomymi dla wyglądania, jakby posągi greckich bogów były odlewane na jego wzór – szczególnie, że ośmielę się stwierdzić, że z większością znajomych widzimy się tylko przy alkoholu.

A zatem zamysł jest taki – masz chodzić na siłownie 5 razy w tygodniu, na weekendzie dołożyć jeszcze do tego saunę i jakiś streching dla regeneracji, a każdego wieczoru przygotowywać 6 posiłków na kolejny dzień.  Do tego liczenie, ile spożyłeś białka (ma być go jak najwięcej, pamiętaj), i jako zawodowy masterchef za każdym razem jedz coś innego, bo przecież budowanie masy to nie tylko kurczak i ryż. Zawsze możesz wszamać jagody goi, mleko kokosowe i tą fenomenalną kaszę kosztującą 35zł za 500g.

Gdzieś w całym tym szale „lepiej, więcej, bardziej” zapomnieliśmy chyba, po co ten sport w ogóle jest. Czy zamysł nie był taki, żeby mieć więcej energii, czuć się w swoim ciele raczej lepiej niż gorzej, i nie umierać na choroby krążenia w wieku 30 lat ważąc grubo ponad 120kg? Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że zazwyczaj wygląda to tak: statystyczny Tomek postanawia sobie, że od 1 stycznia koniec z alkoholem, imprezami, i bierze się za siłownie (no dobra, od drugiego stycznia, pierwszy jest zawsze na kaca). Tydzień później ulegając namowom statystycznego Marcina Tomek znów się opija, albo, co gorsze, zjada kawałek pizzy, i wtedy uznaje, że wszystko poszło się walić na łeb na szyje i w momencie wraca do starego trybu życia.

Gdy idziesz ulicą i się potkniesz, to nie siadasz, narzekając jak ciężko ci się spaceruje, tylko zwyczajnie idziesz dalej. Gdy nie wytrzymasz ze swoją dietą lub alkoholem – a 90% z nas prędzej czy później jednak nie wytrzyma, bo fajnie mieć życie towarzyskie i trochę przyjemności od czasu do czasu – to poddajesz się, i pozostaje czekać parę miesięcy na następny motywacyjny zryw, obrastając w międzyczasie w dodatkowe 5kg.

Nie o to w tym chodzi, i o ile rozumiem, że dając z siebie 100% osiągniesz ten sześciopak lub odstający tyłek naprawdę szybko i sprawnie, to nie tędy droga. Nie warto tracić na większości aspektów swojego życia by ulepszyć tylko jeden. Zresztą, patrząc na to wszystko logicznie: co jest lepsze – chodzenie na siłownie i melanż, czy sam melanż? Warto robić sobie zdrowe śniadanie i co wieczór zamawiać pizze, czy może lepiej wyrzucić to zdrowe śniadanie i wybrać parówki, skoro i tak nie masz idealnej diety?

Jasne, bogiem plaży to Ty raczej nie zostaniesz miksując treningi i dietę z piwem i cheeseburgerami, ale danie z siebie 70% zapewni Ci coś dużo ważniejszego – wystarczająco silnej woli, by w tych ćwiczeniach wytrwać przez lata, a nie do najbliższej soboty.

The following two tabs change content below.

Michał, The Consumer Show

Miłośnik psychologii, fanatyk sportów ekstremalnych. Lubi uczyć się, jak lepiej funkcjonować na co dzień, zarówno w sferze psychicznej jak i fizycznej. A jeszcze bardziej lubi o tym pisać.

Ostatnie wpisy Michał, The Consumer Show (zobacz wszystkie)