Czemu Twoje poświęcenie może nie mieć wartości?

Czasami tak jest, że komuś się wydaje, że coś mu się należy. Że studiował 5 lat, systematycznie nie chodząc na wykłady, więc teraz za mniej niż trzy tysiaki na rękę nie wyjdzie z domu. Że całe życie płacił podatki, więc przysługuje mu emerytura i pomoc od państwa. Że przez rok pisał aplikacje z grą na androida, więc teraz ludzie powinni docenić jego wysiłki, i pobrać ją 1 200 000 razy.

Brak mi słów, żeby ująć, jak bardzo takie podejście jest bez sensu. Ale dobra, spróbuje znaleźć te słowa, skoro ma być artykuł.

Carl Menger (taki gość, który stworzył jedną z ciekawszych szkół w ekonomii) napisał kiedyś, że wartość jakiegoś dobra (np. aplikacji, książki, Ciebie jako pracownika) nie może być oceniana przez to ile się przeznaczyło na stworzenie tego dobra, tylko przez to ile pożytku ono przyniosło. Co to oznacza w praktyce? Że jeśli przychodzisz do prezesa na rozmowę o pracę, to jego nie bardzo interesuje to ile lat studiowałeś, i gdzie to robiłeś. Ile ogarnąłeś praktyk i że zacząłeś pracować na 4 roku, a przecież mogłeś dopiero na piątym. Jasne, są to pewne wyznaczniki, którymi będzie się kierował, ale tak naprawdę ważne jest tylko jedno: twoja wartość, czyli ile dla niego zarobisz. To znaczy, że jeśli chciałbyś te przykładowe 3000 na rękę, to musisz się liczyć z tym, że ten prezes oprócz tej pensji wywali kolejne dwa koła na podatki, jeszcze z półtora na koszty firmowe, i do tego musi coś zarobić. Czyli musisz dla niego zarobić minimum 8000zł, żeby mu się to opłacało. Napisałem 8000, choć jakbym napisał 10-12 000, to nie sądzę, żebym bardzo przesadził.

Więc jeśli trafiasz przed biurko, gdzie klepiesz excele, to Twojego pracodawcy nie będą interesować kursy i doświadczenie, bo nimi nie wykarmi rodziny ani nie zatankuje odrzutowca – interesuje go tylko to ile mu dasz. Dlatego jeśli jesteś na początku swojej kariery to byłoby dobrze zdać sobie sprawę, że jeśli po 3 latach na uczelni nie wiesz nic, to dokładnie tyle będziesz wart dla przyszłego pracodawcy.

Powiedzmy, że chce zostać malarzem. Olewam znajomych, przestaje się spotykać z dziewczyną, przerzucam się na chleb i wodę i tworzę codziennie od świtu do nocy. Po pół roku, wychudzony i zmarnowany, stwierdzam, że moje dzieło jest gotowe, a świat może spodziewać się następcy Picassa. Przychodzi krytyk sztuki, patrzy na obraz, prycha z zażenowaniem, i wychodzi. Jego naprawdę nie obchodzi, ile poświęciłem czasu, czy to, że straciłem znajomych, dziewczyna odeszła, babcia zapomniała, że istnieje i nabawiłem się dwudziestu ośmiu chorób. Wycenia mój obraz na okrągłe zero podczas gdy dziesięcioletni chińczyk w ciągu jednego dnia tworzy coś, co sprzeda się za 10 000 dolarów.

Teraz przenieś przykład z obrazem na swoje studia i zastanów się, co dokładnie Ci dają. Nie wiesz? Spoko – jeśli rozejrzysz się po uczelni, a zauważysz, że prawie nikt nie wie. A za parę lat, jak Ci sami ludzie zaczną protestować, bo zarabianie poniżej średniej krajowej im uwłacza, przypomnij sobie ten tekst.

The following two tabs change content below.

Michał, The Consumer Show

Miłośnik psychologii, fanatyk sportów ekstremalnych. Lubi uczyć się, jak lepiej funkcjonować na co dzień, zarówno w sferze psychicznej jak i fizycznej. A jeszcze bardziej lubi o tym pisać.

Ostatnie wpisy Michał, The Consumer Show (zobacz wszystkie)

  • Forma

    Początki zawsze bywaja trudne. Później wcale nie jest łatwiej, człowiek zawsze chce wiecej, ale dając coś z siebie pragnie czegoś wzamian. Jak w pokerze, podbijasz bo masz dobrą rękę i liczysz na większą wygraną. Jeśli tracisz przyjaciół z powodu tego, że nie napiszesz im raz na tydzień czy tez nie spotkasz się z nimi bo masz wiecej pracy to nie jest tylko wina jednej strony. Niektórzy poprostu nie umieją utrzymać przy sb ludzi, bo nie radzą sobie z samym sobą, studia nie mają z tym nic wspólnego. Taka dygresja do bardzo interesującego wpisu 😉

  • Pingback: Czy optymizm zawsze jest dobrym wyborem? - The Consumer Show()